Wilk jest wilkiem, wilk jest zły, wilk ma bardzo ostre kły, czyli o muchomorach w sosie
botoksowym.
Za górami, za lasami, za siedmioma morzami, żyła sobie piękna dziewczynka o imieniu
Valerie( Amanda Seyfried). Włos jej biały, lica bladoróżowe, usta brzoskwiniowe, kibić smukła,
pierś powabna (za wieszczem powiadam), suknia jej szkaradna, ale materialna. Niestraszne jej
były ucieczki w las ciemny, w którym stwór, wilkołakiem zwany, zadawał mord bezlitośnie od
wieków. I niestraszna jej była miłość do młodego drwala (Shiloh Fernandez), z którym z osady
uciec chciała, gdy jej ręka została przyrzeczona innemu - kowalowi (Max Iron). Lecz los
okrutny, fatum także zwany, pokrzyżował miłości tej szyki. Wilkołak złamał zawartą z
mieszkańcami wioski umowę, by ludzkiego mięsa, do ust nie podnosić...
O czym mowa? O „Dziewczynie w czerwonej pelerynie” najnowszym „dziele”
Catherine Hardwicke, która nonszalancko zamanifestowała swa obecność w świecie filmowym,
zdobywając główną nagrodę Jury na Festiwalu Filmów Niezależnych w Sudance w 2003 roku
za dramat „Thirteen” (pod którym mógłby podpisać się bez drżenia reki, sam Larry Clark). Tej
samej, która pięć lat później przetransplantowala na biały ekran pierwszą część sagi Stephanie
Meyer „Zmierzch”, w której klasycznie murnaowski Nosferatu został przebrany za nastolatka,
a słowo mezalians nabrało zupełnie nowego, bo wampirzego znaczenia...
Geneza powstania „Dziewczyny w czerwonej pelerynie”, również jest zakorzeniona w
literaturze, ale literaturze szczególnej. Bo o ile istnieją tacy, którzy Meyer „nie brudzą” sobie
oczu, to czerwonego kapturka zna każdy. Bajkowa postać, której literackie ojcostwo przypisuje
się Charles´owi Perrault i braciom Grimm (aczkolwiek jej kosmogonii możemy doszukać się w
niemal każdej mitologii świata), po dziś dzień jest przedmiotem zainteresowań psychoanalizy,
antropologii, (post)feminizmu i kina (począwszy od Renoir´a i na Hardwicke kończąc).
Ambicja Hardwicke artykułuje się w przedstawieniu trawestacji archetypicznej postaci w
konwencji kina absolutnie komercyjnego, które (od wieki wieków) karmi oczy widzów
harlequinowskim melange a trois, protagonizowanego przez: Valerie, złego wilk(ołaka) i dzielnego
myśliwego wyobrażonego w dwóch wariantach (dziarskiego drwala i prawego kowala). A więc
mówimy o filmie, który „odgrzewa” na ekranie wszystkie możliwe konstelacje pomiędzy
składowymi tego odwiecznego układu równań (nie)wiadomych.
Opresyjności tej „recepty” na film, dedykowana jest niemal kanoniczna publikacja Laury
Mulvey „Przyjemność wzrokowa i kino narracyjne”. Znajomość psychoanalizy i teorii
feminizmu umożliwiły autorce stworzenie modus operandi klasycznego kina hollywoodzkiego,
przeobrażającego kobietę w pasywny obiekt, który podporządkowany został patriarchalnej
polityce patrzenia. Hardwicke za nic ma niosące przestrogę „przeszłości ołtarze”, ponieważ w
swym najnowszym filmie udaje się jej uprzedmiotowić nie tylko kobietę, ale i mężczyznę. Co
więcej, nie przejmuje się bajkami o patriarchalnej dżungli, ponieważ swą „Dziewczynę w
czerwonej pelerynie” dedykuje przede wszystkim (cytuję za Hardwicke) tzw. pokoleniu
filmowego „Zmierzchu”. I zdaje się, że chodzi o tą część populacji naszego globu, która
znajduje się w fazie pre-menstrualnej i pre-tradzikowej, o wysoce rozwiniętym analfabetyzmie
wizualnym i inteligencji na poziomie paramecium caudatum, a więc pantofelka. Możemy również
założyć, że zasada, która rządzi owym pokoleniem wyraża się w estetycznej formule „ma być
ładnie”, nawet jeśli za owym ładnie kryje się druzgocąca pustka scenariusza, wypełnionego
drewnianymi postaciami, które potykają się po upuszczane z ust dialogi. Estetyka, którą epatuje
z ekranu Hardwicke imituje estetykę campu, ale campu nadętego, pozbawionego autoironii,
wykreowanego za pomocą barokowych i fatalnie zrealizowanych interwencji Photoshopa.
Co więcej, film sprzedawany jest w celofanie gatunkowego koktajlu, wypreparowanego
na bazie: szczypty dramatu, garści thrillera i odrobiny fantasy. Reżyserka zakłada, że taki koktajl
połechce orgazmicznie podniebienia pokolenia „Zmierzchu”... I nieważne, że dramat nie jest
dramatem, scenariusz nie jest scenariuszem, czerwony kapturek nie jest czerwonym kapturkiem,
wilkołak nie jest wilkołakiem (wilczysko, które przemieszcza się w przestrzeni z szybkością
Flascha Gordona, to już fantasy, czy jeszcze nie?) a thrillerowatość akcji filmu manifestuje się w
permanentnym (bo botoksowym) napięciu skóry twarzy babci Valerie (Julie Christie) i jej matki
(Virginia Madsen). Dlatego też możemy założyć, że „Dziewczyna w czerwonej pelerynie”
stanowi zawoalowaną reklamę botoksowych zabiegów „krochmalenia” skóry, które są w stanie
zasypać przepaść dzielącą trzy pokolenia Hollywood.
Ale komercyjna beza z kremem, która prowokuje w widzu odruchy bulimiczne, zdaje się
mieć pretensje do bycia czymś więcej, niż bezą. Stara się bowiem stworzyć nowy rodzaj wpisu
do filmowego atlasu anatomii zła. Personifikacją owego zła jest nikt inny, jak wilk(ołak),
wyobrażony animacyjnie jako olbrzymi wilk, który bardziej śmieszy, niż budzi trwogę. Valerie,
czyli dziewczyna w czerwonej pelerynie, jako jedyna z osady jest w stanie usłyszeć jego głos,
przez co zostaje uznana za wiedźmę, pod którą ojciec Salomon pragnie zapalić stos (w tej roli, a
w zasadzie „anty-kreacji” aktorskiej, boleśnie „jednowymiarowy” i nieprzekonywujący w swych
patetycznych gestach, Gary Oldman). Ów niezupełnie święty inkwizytor, który przybywa do
osady w otoczeniu superwojowników wyspecjalizowanych w eksterminacji wilkołaków,
przedstawia epicki wykład o obrotach ciał niebieskich, ze szczególnym uwzględnieniem wątku
tzw. Krwawego Księżyca, czyli takiej konstelacji gwiazd, która wyposaża wilk(ołaka) w moc
szczególną (człowiek ugryziony przez przez niego, nie umiera, ale staje się jednym z nich).
Rewelacje ojca Salomona zasadzają wiec w mieszkańcach osady „niemałą” paranoję. Bo oto,
okazuje się, że zło nie przybywa z zewnątrz, jest niejako immanentne wszystkim jej
mieszkańcom (inspiracja zaczerpnięta z ekspresjonizmu niemieckiego?). Z ust ojca Salomona
pada zdanie: „Wilkołakiem jest ktoś z osady”, nie dziwi więc, że w świecie Hardwicke człowiek
człowiekowi... wilkołakiem jest.
Zabawnie? Prawie, bo chęć zdemaskowania zła wcielonego okazuje się być paralelną
linią w rozwoju fabuły filmu, która niestrudzenie drąży temat miłosnego trójkąta. Lista
podejrzanych staje się z minuty na minutę coraz dłuższa (niemal przekracza liczbę
mieszkańców wioski), i jak to w bajkach bywa, zło zostaje ostatecznie zdemaskowane. Ale
Hardwicke chce więcej, chce happy endu, chce żeby było „ładnie”. Dlatego zło, które jest stare
i pomarszczone, zostaje zgładzone, bo jest „złym” złem. Z kolei zło, które jest młode (co
więcej, jest „ładne”) jest złem... „dobrym”. Oksymoron? Owszem.
Morał tej bajki drogie dzieci polega na tym, że „złe” zło, powinno wyprasować swe
zmarszczki, by stać się „dobrym” złem... Hardwicke zapowiada, że niebawem zekranizuje
szekspirowskiego Hamleta... Nie pozostaje nam więc nic innego, jak czekać i zafundować sobie
botoksowe wygładzanie zwojów mózgowych, by zasilić szeregi pokolenia „Zmierzchu”. Bo
możemy się domyślać, że będzie nieznośnie „ładnie”.
No hay comentarios:
Publicar un comentario